Umieram… bo na pewno nie biegam

Tak jak patrzę teraz na tytuł książki Kiliana to jedyne co ciśnie mi się na usta to właśnie umieram…  Ale spokojnie, tylko mentalnie. Fizycznie nie mogę narzekać na zdrowie. To tylko zryta psycha.

No na pewno nie za bardzo biegam. Dobra, dziś pobiegłem kilkaset metrów, żeby sprawdzić jak Ola reaguje na wstrząsy i o dziwo jest naprawdę obiecująco! Więcej, nawet się wtedy uspokoiła (była już znudzona spacerem i załączyła tryb Maruda 😜). Także chyba jednak wracam do koncepcji joggera. Niech tylko usiądzie to zaczniemy zwiedzać leśne dukty we dwójkę, a może i trójkę jeśli żonka wróci w końcu do biegania po porodzie.

Ale póki co muszę wrócić do regularnego biegania. Jakoś nie mam ostatnio na nie ochoty. Trudno mi rezygnować z niewielkiej ilości czasu jaka zostaje mi popołudniami dla dziewczyn. Co gorsza, jakoś mi z tym dobrze chwilowo, chyba też przez zarobienie w pracy, które odbiera chęć na cokolwiek po doczłapaniu się do domu. Ale co zrobić nie zapowiada się żeby było lepiej, więc trzeba przywyknąć… i trenować!

Maraton jesienny to już nie taka odległa wizja, więc nie pozostaje nic innego jak zagryzienie zębów, rozciągnięcie doby i robienie takiej pracy jaką wykonałem w analogicznym okresie ubiegłego roku, tak aby zrobić dobry wynik. Tylko gdzie… Początkowo myślałem tylko o Warszawie, ale teraz mam mętlik bo jest kilka Polskich miast które bym chętnie biegowo odwiedził. Wrocław. Szczecin. Zobaczymy bliżej września.

No i jeszcze jeden smuteczek (uwaga będę się usprawiedliwiał 😜). Chciałem mocnym akcentem zakończyć jednak wiosnę i w końcu złamać 22 minuty na 5km ale to wymagałoby solidnego treningu tak aby zrobić to w połowie czerwca. A to już za ok. dwa tygodnie. Czyli w treningu powinienem być już od czterech 🙂 Zobaczymy czy będę w ogóle próbował. Już niedługo wam o tym zamelduję.

Dodaj komentarz