Tata-biega.pl i te… triathlony…

Witajcie! Jestem Wam winien kilka relacji z pierwszej części sezonu. Zacznę niechronologicznie, ale od tych zawodów, które były najbardziej stresujące, ale i dały chyba największą do tej pory w tym roku satysfakcję. Enea 5150 Warsaw Triathlon.

Właściwie to nie wiem od czego zacząć… Od początku było by najprościej. Ale nie wiem sam dokładnie kiedy ten początek tak naprawdę był. Od dłuższego czasu obserwuję Łukasza (RunEat.pl) i myśli o spróbowaniu triathlonu przelatywały mi przez głowę już wielkokrotnie. W końcu coś mi strzeliło do głowy i zapisałem się trochę na pałę na triathlon najbliżej jak się dało, czyli Enea 5150 Warsaw Triathlon w Warszawie.

Żeby było jasne, nie dokonywałem jakiś specjalnych analiz. Sprint, połówka, olimpijka… Nie za bardzo wiedziałem gdzie leży różnica. Jakiś czas po wydaniu 100 ojro (chyba po ostatnim starcie biegowym w ubiegłym roku w końcu stwierdziłem, że trzeba w końcu sprawdzić na co ja się właściwie porwałem. Szybkie reserch via google i przerażenie w oczach… W 51,50 to 1,50 to 1500 metrów pływania… Reszta, 40 km roweru i 10 km biegu do ogarnięcia, ale to pływanie. Po zażyciu melisy znowu do sieci i pada decyzja o trenowaniu pływania pod nadzorem. Tak trafiam do Michała z Lochte.pl. Startuję od kompletnego zera z kraulem.

Początek zimy przepracowuję na basenie, bieganie też ogarniam. Rower jest najbardziej zaniedbywany (co później wyjdzie na starcie). I przychodzi nowy rok… Przyplątuje się infekcja zatok. Basen leży na całe trzy miesiące. Płynięcie kraulem odpada. Całe szczęście żabę ogarniam na przyzwoitym poziomie. Odpuszczam treningi typowo pod tri, ciągnę pod Orlen (jak to się kończy możecie przeczytać tutaj).

Grzegorz Waloszczyk/Maratomania.pl

I w końcu przychodzi 11 czerwca. Dzień wcześniej jadę odebrać pakiet i nad Zegrze zawieźć rower. Jestem spięty jak agrafka. Czy o wszystkim pamiętałem? Typowe nerwy debiutanta. W dniu startu udało się nam odstawić córkę do dziadków, więc miałem mieć wsparcie na mecie. Poza tym okazało się, że na trasie i mecie kibicowali mi też Ania i Łukasz. Dzięki!

Pojechałem w okolice mety, zaparkowałem i poszedłem szukać transportu na start. I od razu pierwsza wtopa, usiadłem tak, że przez całą drogę zdążyłem ucisnąć sobie kolano. Ale nic to, na miejscu jeszcze spory kawał dojścia do strefy zmian. Ogarniam zostawiony dzień wcześniej rower. Dobijam opony, picie w koszyki. Sprawdzam wszystko po pięć razy. Dobra. Starczy. Wbijam się w trisiut. Z pianka pod pachą idę na plażę do miejsca, w którym ma być start.

Już tak mam, że zawsze muszę wszędzie być dużo przed czasem. Ale w tej sytuacji to było przekleństwo. Tyle czasu do startu. Połaziłem. Wygrzałem się na słońcu. W końcu wbijam się w piankę. W prawdzie nasmarowałem nogi i ręce żelem do usg, ale już zdążył wyschnąć, więc niewiele to dało. Idę się „rozgrzać”, a tak naprawdę zobaczyć jak to jest w tej piance, bo o zgrozo będzie to moje pierwsze pływanie w piance i pierwsze w otwartym akwenie!

Zaganiają na start. Ustawiam się grzecznie w ogonie, no bo crazy frogiem będę płynął i jeszcze debiutant. Jakaś gadka-szmatka w strefie i oglądamy start grup przed nami… I okazuje się, że jakieś pierwsze 100-200 metrów to będzie bieg po wodzie, bo jest tak płytko, że nie da rady płynąć. Tak też robię, a koło pierwszej bojki zaczynam swój styl klasyczny.

Jak się okazuję nie jestem w tym stylu osamotniony. Ale też w miarę upływu dystansu dochodzę i łykam sporo kraulistów… Ta żabka to nie był jednak głupi pomysł. kolejna bojka i następna. Została ostatnia prosta do wyjścia z wody. Wybiegam, patrzę na zegarek… Szok! Jak się później okaże pływanie zajęło mi 00:35:41. Na basenie tak szybko popłynąłem może ze dwa razy.

www.maratomania.pl

T1. W międzyczasie gubię telefon. Muszę biec spowrotem do wyjścia z wody. Ale zguba się znajduje. Ja nadkładam ze sto metrów. Pianka do pasa. Czepek i okularki w rękaw. Worek. Ściągam piankę. Buty. Kask. Okulary. Numer. Wszystko idzie mi zaskakująco sprawnie. Zrzucam mokry worek. Klikam blokami biegnąc po rower. Biegnę do belki. Przebiegam…

Wskakuję na rower. No i cóż. Kręcimy. Póki wieje z tyłu albo wcale nie jest źle. Najgorzej

fot.Darek Nowak/Maratomania.pl

gdy wiatr stawia nas w miejscu. Najgorzej było na moście północnym. Najfajniej na estakadzie przed Centrum olimpijskim, gdzie udało mi się rozpędzić do ponad 50 km/h. Na koniec trzęsawka na kocich łbach na Bonifraterskiej i jesteśmy na Placu Teatralnym. Rower bez nadmiernej spinki 01:17:07 tak żeby mieć jeszcze siłę na bieg. Zeskoczyłem z roweru. Belka. Klikam do stojaka.

T2. Odwieszam rower. Łapię worek. Buty na nogi. Kask do worka. Daszek. I ciśniemy!

fot.Pawel Naskrent/Maratomania.pl

Rano przed pływaniem było nawet rześko. Ale teraz już prawdziwy żar leje się z nieba. Dwie pętle śmierci. Z podbiegiem i zbiegiem Karową. Auć. Boli na samą myśl. W nagrodę po podbiegu i przed zbiegiem punkty nawadniania ratują życie. Truchtam. Pierwszy podbieg. Łukasz mi kibicuje. Jakoś przetrwałem. Drugie kółko. Zaczynam mieć delikatne skurcze. Ale jakoś wtaczam się ostatni raz pod górę. Wody… Popijam biegnę już tylko z myślą o mecie.

Krakowskie. Nawrót. Skręt w prawo. Znowu w prawo. Już widać Teatr Wielki. W lewo i jest! Meta. Dywan! Aaaa… Euforia! Mijam Anię i Łukasza. Banan nie schodzi z twarzy. Meta, medal. Już! 02.26:35. Czas ma mniejsze znaczenie! Ważne, że ukończyłem pierwszy triathlon w życiu! Aśce jakoś udaje się dostać do miasteczka finishera. Także na spokojnie się przebieram, coś wypijam. Emocje powoli opadają, ale dalej nie mogę uwierzyć, że sam zapracowałem na tą pamiątkę…

 

Dodaj komentarz