Subiektywnie o butach do biegania cz.1

Już jakiś czas temu obiecywałem Wam wpisy na temat sprzętu. Póki były treningi, starty iI Orlen Warsaw Marathon świeższe tematy jakoś nie mogłem się do tego posta zabrać. Teraz za bardzo treningów nie ma, bo moja mała trenerka pochłania większość wolnego czasu, ale nie narzekam na te „treningi”. W końcu proszę: jest! Będzie trochę o obuwiu. Naszym podstawowym wyposażeniu.  Ale klasyczny artykuł o butach to nie będzie…

Na początek powiem, że nie będzie to klasyczna recenzja jednego modelu. Czy też oparta o obiektywne czynniki analiza porównawcza. Będzie to całkowicie subiektywna ocena butów przeze mnie użytkowanych aktualnie lub też takich, w których już nie biegam. Nie spodziewajcie się dawki danych katalogowych. Będzie subiektywnie – z perspektywy kolesia oscylującego w okolicy 80 kg masy do ruszenia i tygodniowo (w szczycie przygotowań) nie przekraczającego 80 km.

Od początku

Jak zapewne spora grupa biegaczy swoją przygodę z butami do biegania rozpocząłem od Japońskiej marki Asics. Nie był to jednak przypadek. Zanim zakupiłem w outlecie solidnie przecenione Kayano 17 wsparłem się wiedzą zaczerpniętą z internetu. Tam też możecie przy pomocy wyszukiwarki google, bing czy innej znaleźć wiele ciekawych recenzji konkretnych modeli. Także nie będę Was zalewał toną informacji, które już wielu gdzieś przytoczyło. Poszukacie!

Gdy zaczynałem biegać w marcu 2013 bliżej było mi do 90 kg, zatem buty musiały solidnie wspierać moje stopy i kolana. Kayano wychodziło na przeciw tym wymaganiom.

Kayano17

Solidna cholewka z asymetrycznym sznurowaniem dobrze trzymająca stopę, co też jest ważne bo mam wysokie podbicie. Jeszcze bardziej solidna podeszwa z żelowymi wstawkami odpowiednio amortyzująca uderzenia, co przy takiej masie biegacza jest kluczowe. W butach biegało mi się naprawdę dobrze, jak przystało na flagowy model firmy Asics. Robiłem w nich wszystkie treningi i startowałem w zawodach. Wtedy nie biegałem nawet półmaratonów. Takie prawdziwie pierwsze buty. Biegało się. Już się nie biega. Przy wszystkich swoich zaletach jednak główną wadą była masa butków (350g) co niestety przy dłuższym wybieganiu było odczuwalne. Dlatego później przesiadłem się na coś bardziej odchudzonego.

Ale z Kayano miałem też pewien problem. Jak to na początku wszystkiego, działa się trochę po omacku, a trochę szukając złotego środka. U mnie tak było z rozmiarem tych butów. Co do zasady moja długość wkładki to 28,5 cm. Ale wtedy wydawało mi się, że Kayano17 w takim rozmiarze są jednak za duże. Na długość było nawet ok, ale uważałem, że cholewka jest jakby za obszerna i dziwnie się układa na stopie, szczególnie u podstawy języka. Ponieważ, jak już pisałem w butach biegało mi się dobrze kupiłem kolejną parę w rozmiarze wkładki 28. Pozornie było lepiej. Cholewka układała się poprawniej. Ale zaczęły się problemy z paznokciami i bąblami w ich okolicach. Zmiana długości buta w tym zakresie nie wyszła mi na dobre.

Są jednak pozytywy tej sytuacji. Nauczyłem się, że każda z moich stóp jest nieco innej długości i niestety ta dłuższa będzie czasem skazana na masakrowanie 🙂 . No i że każde buty do biegania należy solidnie zmierzyć przed zakupem, żeby uniknąć później rozczarowań (kurcze ostatnio tego nie zrobiłem i zobaczymy co z tego wyjdzie 😀 ).

„Waga lekka” do 10K

Przy pancernych Kayano 17 moje kolejne buty to prawdziwe „piórka”. Mowa o Asics Gel-Lyte33 3. Jedyne 195g! Biorąc pudełko można by pomyśleć, że butów w ogóle nie ma w środku 😛 Ale spokojnie, opanujmy się. Zaniepokojonych uspokajam, nie kupiłem tych butów z myślą o maratonie, czy choćby połówce. Nie ta kategoria wagowa! Niestety. Startuję w nich na 5 km i czasem jak waga spadnie mi tych kilka kilogramów poniżej 80 to na 10 km.

lyte33

Cóż, każdy może mieć takie startówki na jakie pozwala mu własny organizm. Dla mnie te leciutkie buty to już ekstremum. Zanim zdecydujecie się na taki krok, dobrze to przemyślcie, bo późniejsze leczenie kontuzji może być długotrwałe. Dla mnie te buty, to taka wartość brzegowa. Miałem wrażenie, że po bieganiu w nich moje kolana dłużej dochodzą do siebie. Poza tym, z perspektywy czasu stwierdzam, że za szybko zdecydowałem się na takie obuwie. Mój aparat ruchu nie był jeszcze wtedy dostatecznie wytrenowany i chyba trochę sam załatwiłem sobie tym sposobem małą kontuzję.

Co do samych butów, to są naprawdę przyjemne. Przy takich krótkich dystansach raczej nie zaobserwowałem wad o których warto było by wspominać. Trzymają rozmiar, dobrze leżą na stopie no i są naprawdę lekkie i przewiewne.Cholewka z jednego kawałka materiału. Jak na Asics prawdziwy minimalizm.

W drodze do maratonu…

Kiedy na horyzoncie pojawiła się realna szansa na przygotowanie się do maratonu, doszedłem do wniosku, że muszę znaleźć buty, które z jednej strony sprostają przeniesieniu mojej masy przez całą trasę, a z drugiej nie będą balastem przytroczonym do stóp.

I tak do mojego biegowego arsenału dołącza firma spod znaku łyżwy czyli Nike z modelem Flyknit Lunar2. Nowa technologia „dzierganej” cholewki zaoszczędziła butom zbędnej masy, a pianka lunarlon miała dawać odpowiednią amortyzację. Buty ważą ok 280 g, więc wynik naprawdę dobry jak na solidnie amortyzowane buty na długie bieganie.

flyknit_lunar2

Już po jakimś czasie, wydawały mi się nawet zbyt miękkie. Ale te buty nie miały dawać super dynamiki, ale chronić aparat ruchu przed urazami. I w tym zakresie sprawdziły się świetnie. Cały cykl treningowy, półmaraton i w końcu jesienny maraton moje kolana przeszły bez szwanku. Ale stopy już nie do końca. Niestety buty odgniatały mnie. Zawsze w tym samym miejscu podeszwy stopy. Nie zlokalizowałem w tamtym miejscu żadnej wystającej nitki czy czegoś podobnego, więc to chyba taka uroda egzemplarza.

Pomimo tej drobnej niedogodności, buty sprostały oczekiwaniom, jakie w nich pokładałem i już zawsze będą tymi, w których przebiegłem swój pierwszy maraton 🙂 Ten model zachęcił mnie też do bliższej znajomości z produktami Nike. Teraz to właśnie w butach  tej firmy głównie biegam. Pasuje mi szerokość cholewki. Np. buty Adidasa są dla mnie w moim rozmiarze za wąskie i każda próba zakupu kończy się rezygnacją (a marzą mi się AdiZero Adios Boosty 😀 ).

Czasy obecne 😉 i off-road

Jak już napisałem ostatnio biegam głównie w Nike-ach. Ale o tym co teraz w mojej stajni napiszę Wam w drugiej części tego artykułu. Chcę nabiegać jeszcze kilka kilometrów w obecnie ulubionych przeze mnie Nike Air Zoom Elilte7, żeby móc coś więcej o nich napisać. W kolejnym wpisie zbiegniemy też trochę z asfaltu na nieutwardzone leśne ścieżki. Zatem do następnego.

2 odpowiedzi do “Subiektywnie o butach do biegania cz.1”

  1. Bardzo ciekawy artykuły. Nike kiedys robil szersze buty do biegania a teraz kazdy model wydaje mi sie troche przywaski na moja szeroką pletwe. Zima biegalam w Sauconach a na letni sezon kupilam asicsy. Modeli nie podam bo nie przywiozuje totalnie do tego wagi. Po przeczytaniu twojego artykułu troche sie przerazilam zevtak olewacko dobieram buty – biegne w nich na bierzni pare minut jak psuja place I wychodze 🙂 Kontuzję stopy mialam I owszem ale wlasnie przez Nike. Pozdrawiam

    1. Miło mi, że cię zainteresowałem. Tym bardziej, że to tylko moje doświadczenia. Żaden ze mnie ekspert 🙂 Ja byłem zmuszony trochę poczytać, tak jak pisałem, przez swoją masę.
      Model nie ma znaczenia, jeśli buty zmierzyłaś i dobrze ci się noszą. No i nie powodują kontuzji. Polecam ci zwrócenie uwagi na jedną rzecz, może potrzebujesz butów o jeden rozmiar większych. Spróbuj. Twoje palce będą ci wdzięczne.
      A co do Nike-ów, czy butów wogóle… Wydawało mi się, że jeszcze jakiś czas temu na normalnych rynkach (znaczy nie na naszym 😛 , bo wg mnie jesteśmy nadal traktowani jako rynek drugiej kategorii jeśli chodzi o buty biegowe czy sprzęt biegowy) dostępne były buty biegowe o różnych szerokościach. Teraz widzę, że nawet na amerykańskim rynku już tego nie ma standardowo (można spersonalizować buty ale to kosztuje. A jak piszesz jednak by się przydało.

Dodaj komentarz