Półmaraton PWZ im. „Kusego” czyli jak zmoknąć na Mazowszu, a nie w Świętokrzyskim

Trudno mi się było zdecydować na połówkę przed jesiennym maratonem. Najpierw zapisałem się do Płocka na Półmaraton Dwóch Mostów… żeby za chwilę stwierdzić, że to jednak za blisko do maratonu. Na fali tej decyzji znalazłem imprezę w Skarżysku Kamiennej, czyli Półmaraton Wtórpol. I do piątku jeszcze miałem tam startować… Ale pogoda pod znakiem ulewy ponownie skorygowała moje plany (miałem jechać z dziewczynami – w ulewę trochę bez sensu) i tak trafiłem w sobotę do Błonia zapisać się na 7 Półmaraton Powiatu Warszawskiego Zachodniego im. Janusza Kusocińskiego.

Naprawdę. Decyzja zapadła w sobotnie popołudnie po krótkiej rozmowie z żoną poprzedzonej analizą map pogody na niedzielę. Jechanie do Skarżyska było w takich warunkach pogodowych całkowicie pozbawione sensu skoro miała to być rodzinna wycieczka. A że po sąsiedzku też była świetna impreza biegowa i to jeszcze z takimi zającami (!!!) to żal byłoby nie skorzystać! No i w sumie w końcu udało się w Błoniu wystartować.

Krótko o pakiecie startowym. Numer z chipem. Butelka izotoniku. Talon na papu. Smyczka. O dziwo tylko jedna ulotka (!). I wisienka na torcie – ekstra super fajna koszulka techniczna, co się rzadko zdarza – singlet. Będzie na treningi w ciepłe dni. Cena w przeddzień zawodów – 80 pln. Jak dla mnie ok. Uczciwie. W niedzielę wyruszyłem do Błonia sam. Dziewczyny miały dojechać do Borzęcina – na metę – później. Parking, szybka rozgrzewka, siku i pod bramę startową.

Ten półmaraton miał w tym roku wiele wspólnego z triathlonem – już przekraczając linie startu byłem kompletnie przemoczony 🙂 . A z prognoz w sobotę jeszcze można było mieć nadzieję, że zdążymy przed ulewą. Nie zdążyliśmy. Od startu do mety towarzyszył nam mniejszy lub większy deszcz, kałuże na trasie i buty nasiąkające wodą. Ale przynajmniej jeden z atrybutów tego biegu był w tym roku dzięki temu prawie nieodczuwalny – wiatr nie przeszkadzał.

Pomijając perturbacje z wyborem miejsca, to ten start był dla mnie dość ważny z punktu widzenia oceny formy w jakiej się znajduję. W związku z tym, że nie za bardzo widziałem na co mnie stać wystartowałem spokojnie z grupą na 1:40.  Jednak już po pierwszych dwóch kilometrach stwierdziłem, że spróbujemy nieco szybciej. Podkręciłem do 4:35/km. No i tak się toczyłem. 5, 10 kilometr. Jakoś to szło. W międzyczasie pierwszy żel. Po 10 km zrobiło mi się trochę ciężko. Później track pokazał czemu. Ten bieg jest tak naprawdę cały czas delikatnie pod górę!

Foto: Mariusz Pilis/Grodzisk Sport News

Zacząłem zwalniać. Chyba po 15 km doszła mnie już wtedy tylko piątka zawodników z grupki na 1:40. Kolejne żele, picie. I głowa. Głowa zdecydowała, że dołączyłem do nich i nie odpadłem. I tak w szóstkę klepaliśmy te 4:40/km prawie do samej mety. Ale nie był to różowy czas. Jedyne miejsce, w którym tak naprawdę przeszkadzał mi wiatr to agrafka na około 17 kilometrze. Ale zacisnąłem co tam mogłem i parłem naprzód.

Końcówka to już walka wyłącznie głową. Przekonywanie ciała, że jeszcze ma z czego biec. W butach już mi chlupie. Później okaże się, że każdy waży chyba z pół kilo więcej, a stopy wyglądają jak kalafiory. 19 km. Jeszcze troszkę. 20 km. Zaczynamy finish. Jeszcze jestem w stanie coś z siebie wykrzesać. Widać już barierki i zbieg na teren kompleksu sportowego w Borzęcinie i moje wybawienie – czyli bramę mety. W lewo, W prawo. Kałuża po kostki. Wbiegamy na ostatnią prostą razem z Sergiuszem fit.daddy (dzięki za świetny finish!).

Już nie za bardzo kontaktuję, ale jest! Meta! A na niej moja mała Pszczółka z mamą. Dzielnie kibicowała tatce!

Nie wiem jaki mam czas. Wydaje mi się, że ponad 1:39. Dopiero w domu okaże się, że 1:38:42 czyli tylko 27 sekund wolniej od życiówki! Odbieram depozyt z autokaru (depozyty przyjechały z Błonia). Marzę o czymś suchym na plecach. Idziemy na halę. Przybierka. Trochę social mediów 😉 . Nie czekamy na dekorację. Córka pada (zaśnie żonie w samochodzie 😀 ). A mi w sumie jest dalej zimno i mokro gdzie niegdzie. Wracamy do Błonia po moje auto. Dalej pada…

Cóż powiedzieć. Deszcz deszczem, ale sam bieg naprawdę dobry. Regularne treningi oddały. Jest szansa powalczyć w maratonie, a może i jeszcze przed nim rozprawić się z tym 1:38 na połówce 😉 . A impreza. Fajna. Pod względem organizacyjnym jak dla mnie ok. Szacun i ogromne podziękowania dla wszyskich pomagających nam dziś na trasie, czy mecie. Może meta i start tak bardzo oddalone od siebie to średnio wygodne, ale transport powrotny na start jest zapewniony przez orga więc do przeżycia.

Podsumowując, zmiana planów na ostatnią chwilę bywa udana… 🙂

Dodaj komentarz