OSHEE 10KM – Relacja z OWM 2015

Szumne plany wywołane entuzjazmem po udanym debiucie w maratonie jesiennym IMG_1348zakładały, że wiosną będę atakował 3:30. Pragnę nadmienić, że już wtedy wiedziałem, że moja Mała Księżniczka jest w drodze… Jak patrzę na to dziś to chce mi się tylko śmiać 😀 Ale cóż, już pisałem jak córka zweryfikowała moje plany, więc po tym przydługim wstępie zapraszam na kilka słów podsumowania mojego udziału w Narodowym Święcie Biegania.

Trzeci Orlen Warsaw Marathon miał być moim drugim maratonem. Miałem w nim złamać granicę 3:30 w drodze do jeszcze lepszego czasu jesienią. Pojawienie się córki doprowadziło do braków w treningu, które owszem, nie przekreślały startu w wiosennym maratonie, ale z pewnością nie dawały najmniejszych szans choćby na zbliżenie się nawet do wyniku z jesieni. Doczłapałbym się najpewniej w okolicach 4:15. Tylko pytanie – po co?!

Nie jestem hardkorowcem biegającym maraton co tydzień. Nie zamierzam też być desperatem startującym tylko po to, aby „zaliczyć” wiosenny/jesienny maraton. Szkoda mi zdrowia. Nie będę narażał się na potencjalne urazy kompletnie bez sensu. Jeśli już mam biec taki długi dystans, to z myślą o osiągnięciu zadowalającego mnie rezultatu. dlatego też dość szybko zdecydowałem się na zmianę i start w biegu Oshee na 10 km.

IMG_1350

Ale nawet na ten dystans miałem pewne plany. W końcu moja życiówka na tym dystansieIMG_1355 była sprzed dokładnie roku z poprzedniej Orlenowej dziesiątki (kurcze, sam nie wiem jak to się stało, że przez cały rok nie biegłem żadnego atestowanego biegu na tym dystansie). I tak, plan zakładał zejście poniżej 45 minut. Dodatkowo start w Książenicach utwierdził mnie w przekonaniu, że taki wynik jest naprawdę w moim zasięgu. Jeszcze na godzinę przed startem łudziłem się entuzjastycznie, że to możliwe pomimo braku treningu i chęci od jakiegoś czasu, o czym pisałem na FB.

IMG_1359Ale najgorsze (przynajmniej dla mnie) jeszcze wtedy nie nadeszło. Niedługo przed startem zaczęło na przemian: padać, wiać, świecić słońce. I tak chyba ze trzy razy. W końcu unormowało się to, ale został opad i zimno. To plus braki treningowe (może nawet one bardziej 😛 ) doprowadziły do tego, że już ok 4 km wiedziałem, że nie osiągnę założonego czasu. Próbowałem już tylko wycisnąć z tego ile się da. Skończyło się na 46:15. Do założonych 45 minut zabrakło sporo. Podobnie jak spore braki są w moim treningu. Z drugiej strony z takimi brakami poprawiłem jednak swój poprzedni wynik o blisko 45 sekund.

Mam nadzieję, że to dobry prognostyk przed drugą częścią sezonu. Że jest jakiśIMG_1367 potencjał, tylko trzeba go podkręcić treningiem. I że będzie czas i siła (na razie nie ma 😉 ) na regularne trenowanie. W niedzielę przede mną chyba ostatni bieg na fali beztreningowego spontanu – 5km Biegu Niepodległości w Warszawie. Może być ciekawie, bo strat z podbiegu na Agrykoli na tak krótkim dystansie nie będzie gdzie odrobić. Relacja z tego startu już po niedzieli. Mam też nadzieję, że będę po nim w trochę lepszym stanie niż po biegu Oshee. Całe szczęście zawsze mogę liczyć, że moja Księżniczka przyjdzie tacie z kojącą odsieczą ;).

Dodaj komentarz