Odrobinę rozsądku na wiosnę

Już kilka dni temu obiecałem Wam rozwinięcie szybkich przemyśleń wrzuconych na FB.IMG_1155 Dziś w końcu udało mi się złapać chwilę, żeby nieco się zastanowić i napisać jak oceniam swój start w 10 PZU Półmaratonie Warszawskim i jaki to będzie miało wpływ na pierwszą połowę biegowego roku w moim wykonaniu.

To może zacznę od tej Warszawskiej połówki. Cóż. Przypuszczam, że zaraz podniosą się komentarze, że marudzę, ale pomimo poprawienia w niedzielę życiówki w półmaratonie nie jestem do końca usatysfakcjonowany osiągniętym wynikiem. Poprawiłem się o około 30 sekund, a pierwotnie myślałem o łamaniu 1:40, do którego obecnie nadal brakuje mi blisko 4 minut.

10. Pó³maraton Warszawski, 29.03.2015

Bieg był dla mnie naprawdę trudny (i niech nie zmyli was powyższa fotka 😀 ). Od samego początku biegło mi się ciężko i bez polotu. Noga nie szła. Niech o kiepskim stylu świadczy to, że podczas startu zjadłem aż cztery żele, podczas gdy dwa-trzy w zupełności powinny wystarczyć. O ile jeszcze do Trasy Łazienkowskiej jakoś to szło, o tyle już przez całą Wisłostradę myślałem tylko „kiedy się to wreszcie skończy?”. Podbieg koło Cytadeli był prawdziwym gwoździem do trumny. Zaczęły się skurcze, które nie odpuściły aż do samej mety. A na mecie byłem naprawdę zdziwiony, że jednak poprawiłem wynik z szybkiej przecież trasy BMW Półmaratonu Praskiego.

Nie zamierzam się usprawiedliwiać, bo wynik jest bezpośrednim przełożeniem wykonanych przygotowań, a moje w ostatnim czasie nie należały do wzorcowych. Tak jak już wspomniałem na FB priorytety w moim życiu uległy znacznemu przewartościowaniu i zabawa w bieganie ustąpiła w dużej części miejsca operacji „Ojcostwo”. A to, w sytuacji gdy realizuje się bycie tatą z moim zaangażowaniem, często oznacza po prostu rezygnację z niektórych treningów, czy też skracanie lub zmienianie innych. Ale w tym zakresie nie zamierzam na razie niczego zmieniać. Teraz ważna jest przede wszystkim córa i jej mama, która potrzebuje nie mniejszego wsparcia niż córa atencji 🙂 .

A jakie z tego wyprowadziłem wnioski? Nie trzymam Was dłużej w niepewności 😉 i objaśniam co postanowiłem.

Na wiosnę maratonu nie będzie. Pomimo, że na OWM zapisany jestem już chyba od listopada ubiegłego roku postanowiłem nie startować w pierwszej połowie roku na dystansie 42 195 m. I mówiąc szczerze to decyzja wcale nie należała do trudnych. Oczywiście z jednej strony chciałaby dusza do nieba i pewnie by walczyła o urwanie tych 12 sekund, ale… No właśnie tych „ale” było za dużo. Moja forma na połówce była fatalna i nie widzę specjalnych szans na jej poprawienie w przeciągu niecałego miesiąca.. Samopoczucie i świeżość były niewiele lepsze. Jakby się do tego przed/na/w efekcie maratonu przyplątała jeszcze jakaś kontuzja to sezon z głowy. Ponadto przy tak ogromnym obciążeniu jakim jest maraton nie zamierzam odczuwać niezadowolenia z wyniku takiego jak po niedzielnej połówce.

No i jeszcze jedna obserwacja, ale już bardziej horyzontalna. Chyba jednak wolę się przygotowywać latem do jesieni niż zimą do wiosny. Nie przeszkadzają mi nawet upały. Za to ten okres ma coś czego zimą nie uświadczysz. Jest widno! Ja wtedy mogę wstawać i o 4 żeby zrobić trening. I nie przeszkadzają mi żadne inne niedogodności.

Podsumowując. Wczesne ojcostwo to naprawdę wspaniała sprawa, ale nie sprzyja intensywnemu treningowi, podobnie jak w moim przypadku okres zimowych ciemności 🙂 . Tej wiosny i na początku lata skupię się na krótszych startach, a jeśli dziecię pozwoli wykonać solidny trening do jesiennych zawodów to na nich postaram się o lepsze wyniki.

Do następnego!

Dodaj komentarz