Odczarowywanie Orlen Warsaw Marathon… czyli poradnik: Jak popełnić większość przedmaratońskich błędów?

Historia moich podejść do Orlen Warsaw Maratonu jest prawie tak stara jak sama impreza. W pierwszej edycji (2013) wystartowałem w biegu na 10 km, a począwszy od drugiej zapisywałem się już na maraton. Ale życie układało się tak, że na zapisach na królewski dystans za każdym razem niestety się kończyło…

Tym razem byłem zdeterminowany! Tym bardziej, że różne słuchy już krążyły po środowisku o popularnym „Orlenie”. Że są problemy. Że może to już ostatni. No i jak tu się z nim nie rozprawić, jak już może nie być okazji. Po prostu nie ma wyjścia – trzeba.

Jak już wspomniałem na wstępie zmagam się z wiosennym Warszawskim maratonem już od drugiej edycji (2014). Wtedy to miał być debiut maratoński. Ale przypałętał się ITBS i zdołałem „wylizać” się i odbudować formę tylko na tyle aby znowu przebiec „dyszkę”. Edycja trzecia (2015) to rok pojawienia się na świecie mojej córeczki. Pary starczyło na połówkę wiosenną, później treningi siadły i znowu tylko bieg Oshee. Czwarta edycja (2016) w ogóle nie widziała mojej osoby. No i w końcu nadszedł rok 2017.

Piąta edycja OWM. Sytuacja w domu ustabilizowana na tyle, że dałem radę wygospodarowywać trochę czasu na treningi. Naprawdę solidnie przepracowałem zimę. Wszystko szło w dobrym kierunku i na 6 tygodni przed startem… znowu ITBS! Tym razem druga noga. Ale zawziąłem się. Nie było mowy o odpuszczeniu. Zrobiłem tydzień przerwy. Ruszyłem na rehabilitację do kliniki Promotus gdzie pani Magda podjęła się wyzwania zreanimowania mnie do startu i wyglądało to obiecująco. Wiedziałem, że się uda. Że start będzie. Może nie na taki czas na jaki bym chciał, ale powiedzmy, że w okolicy obecnej życiówki powinienem się zakręcić.

Nadszedł tydzień startu. Marna pogoda, zimno, ale miałem zaplanowany nawet urlop w pracy, żeby trochę odpocząć… I to mnie zgubiło…

Już tak mam, że jak mam urlop to w domu spokojnie nie usiedzę. No i od pewnego już czasu, czekały na mnie do zamontowania siłowniki do bramy wjazdowej. Popłynąłem. Piątek i sobota ciężka praca od rana do wieczora. Zmienna pogoda. Kopanie. Spawanie. Itd. Najwłaściwsze sformułowanie to: zaorałem w siebie. Nie wspomnę nawet, że zapas glikogenu poszedł się paść. Mikroelementy skutecznie wypociłem. Niedojadłem. Niedopiłem. Niewyspałem.

Także z listy przedbiegowych grzechów nie zaliczyłem jedynie przejedzenia smażonymi potrawami… bo w ogóle mało co jadłem ;).

Niedziela. Wstałem o dziwo nawet wyspany, ale z bólem nóg (tak, tak, kopanie kanałów na przewody jednak obciążyło nogi). Tradycyjne śniadanie, ogarnięcie wyjścia, córki… i jedziemy. Po drodze na Narodowy zostawiliśmy córkę u dziadków, a sami z żoną do Warszawy. Później SKMka. Siku. Depozyty. Siku. Rozgrzewka. Śnieg. Siku. I uderzamy do każde do swoich stref. Ja na Maraton. Żona na 10km.

Start. Pierwszy tłok do mostu. Wyprzedzanie tych, co nie umieją czytać jaką strefę zadeklarowali. Odnalazłem grupkę na 3:45. Ustabilizowałem tempo. Po niedługim czasie wiedziałem, że ten czas jest do zrobienia. Byłem dobrej myśli. Dodatkowo bieg w grupie pozwalał osłonić się od wiatru, którego 23.04 na trasie nie brakowało.

I tak truchtałem sobie z grupą. Bieg bez historii. Może poza pojedynczymi przykurczami, które jednak były niczym w porównaniu do tego co miało dopiero nadejść…

Minęliśmy połowę trasy. Zrobiło mi się trochę ciężko, ale wiedziałem, że wytrzymam to tempo dalej. Usztywniłem się. to fakt. 25 km. Pojawiły się pierwsze większe skurcze. Spróbowałem się rozluźnić licząc, że to pomoże. Nie pomogło…

Bodaj ok. 29 kilometra postawiło mnie zupełnie. Nie mogłem zrobić kroku. Próby rozciągania łydek kończyły się potężnymi skurczami „czwórek”. Z kolei gdy starałem się rozciągnąć uda, to spinało mi łydki. Nigdy mi się coś podobnego nie zdarzyło. Ból, jakby mi ktoś rozkręcił za bardzo elektorstymulator. Masakra…

Baloniki odleciały. Celem stało się dotarcie do mety. I tak chcąc nie chcąc ostatnie 12 kilometrów stałem się propagatorem metody Gallowey’a. Dotoczyłem się do mety w niecałe 4 godziny 12 minut. Wypoczęty. Wręcz niezmęczony. Tylko te nogi…

Nie czuję absolutnie niedostatku treningowego. Tą pracę domową odrobiłem naprawdę dobrze. To była najlepiej przeze mnie przepracowana zima.

Uważam, że o zaistniałej sytuacji zadecydowały dwa dni przed startem. Zamiast odpoczywać i wcinać kluski, ja biegałem ze szpadlem i zapominałem nawet się napić. Efekty były nietrudne do przewidzenia. I dobrze wykonana praca tylko częściowo wynagradza straty biegowe.

IMG_4797 IMG_4798

Zatem, jeśli chceli byście sprawdzić, czy zmęczonym można podejść do maratonu? To nie róbcie tego! Macie mnie! Ja dla was już to zrobiłem i z pełnym przekonaniem mówię wam, że można… Ale! Tak „ale” jest tu kluczowe! Ale jeśli zależy wam na wyniku, to albo odpuśćcie i wystartujcie w innym terminie, albo zmieńcie plany co do wyniku. Jeśli jednak wystartujecie i będziecie „cisnąć” jak na prawdziwej świeżości to skończycie jak ja. Maszerując do mety krokiem defiladowym, bo skurcze nie pozwolą wam zgiąć nóg.

PS.

PIsząc to podsumowanie walczę z przeziębieniem, wywołanym „czterema porami roku” na trasie. Ale pod względem wydolnościowym nie czuję zmęczenia. Także 3:45 by pękło. Tylko te nogi… A właściwie ich bezmyślny właściciel.

Dodaj komentarz