Królewski Festiwal Biegowy Warszawa-Wilanów czyli jak przecierałem nogi przed „królewskim” dystansem

Ponieważ do docelowej imprezy nadchodzącej (a raczej nadbiegającej) jesieni – Maratonu Warszawskiego – pozostały mniej niż dwa tygodnie, należało zrobić jakieś małe przetarcie nóg na zawodach. Przez jakiś czas zakładałem, że w miniony weekend pobiegnę jakiś półmaraton (w grę wchodził Płock lub podwarszawski Tarczyn). Ale jak już wiecie z tego tekstu półmaraton pobiegłem ostatecznie już trzy tygodnie wcześniej. Tym nie mniej na ostatniej prostej przed „królewskim” dystansem wypadało przegonić trochę nogi. Na szczęście wtedy pojawiło się Biegajmy z DEM’a i ich nowa impreza czyli Królewski Festiwal Biegowy Warszawa-Wilanów, do startu w którym miałem przyjemność was zachęcić.

Mając do wyboru dwa dystanse (5 i 10 km) zdecydowałem się na ten krótszy. Po cichu liczyłem, że na fali przygotowań do maratonu uda się rozprawić z 20 minutami na 5 km. Jak miało się okazać – jednak trening do piątki a trening do maratonu to troszkę rozbieżne założenia ;).

Ponieważ nie lubię nerwowo tłoczyć się w biurze w dniu zawodów wybrałem się po pakiet już w sobotę. Biuro umiejscowione w sklepie For Pro Wilanów w galerii Royal Wilanów czyli obok miejsca startu i mety niedzielnego biegu, bardzo sprawnie obdarzyło mnie (i tu nie będzie przesady!) całą siatą giftów. I nie była to siata makulatury, a naprawdę fajne rzeczy.

Dwie wody, trzy batony, butelka smoothie z chia, suszony batat, herbata ekspresowa, oczywiście koszulka, bon rabatowy do wspomnianego For Pro i dosłownie kilka ulotek. Za cenę 45 pln (5 km) czy nawet 55 pln (10 km) ten pakiet naprawdę robił wrażenie! Nie pokażę wam fotki, bo jeszcze w sobotę rodzinnie skonsumowaliśmy większość zawartości 😀 .

Ponieważ start biegu na 5 km był o 9:00 stawiłem się w niedzielę w pobliżu Pałacu w Wilanowie już ok 8:00. I poszedłem na zwiedzanie miasteczka biegowego. Ponieważ sam bieg był wpisany w program Dni Wilanowa to nie brakowało atrakcji dla całej rodziny. Dmuchańce dla najmłodszych. Strefy relaksu dla tych większych. W niedzielę na Wilanowskich błoniach można było spędzić rodzinnie sporą część dnia. Z resztą podobnie rzecz się miała z sobotą.

Ale tu też nie mogę nie wspomnieć o małej rysie na organizacji biegu, która do tej pory, jak i z resztą także prawie do końca jak dla mnie była bez zarzutu. Za wyjątkiem tej jednej sprawy… Toalety – a konkretnie ich brak. Kręciłem się chwilę w okolicy startu, a poranna kawa zarządała wypuszczenia na wolność. A tu zonk! Przenośnych toalet w strefie startu brak. Ten element zdecydowanie wymaga poprawy przy kolejnej edycji biegu. Bo o ile w ramach całego festynu Dni Wilanowa gdzieś tam toalety były, to jednak daleko od startu i w zasadzie trudno dostępne.

Sam bieg był trochę bez historii jeśli chodzi o mnie :). Jak to na tym dystansie lecimy ile fabryka dała! A fabryka dała tyle, że urwałem 3 sekundy z PB, który teraz wynosi 20:42 i zająłem 26 miejsce open na ok. 250 zawodników. W sumie nieźle. Biorąc pod uwagę upał – pogoda była rewelacyjna, ale raczej nie do biegania – i trening pod nieco dłuższy dystans. Ale nie będę marudził. Jestem zadowolony. Nogi się przetarły. Został jeden modny trening do maratonu i myślę (odpukać) że jest nieźle.

Na mecie medal, woda, łapanie oddechu i szukanie wyników. To niestety drugi zgrzyt. Nie było ich bardzo długo ani na stronie biegu ani firmy pomiarowej. Nie przyszedł też sms. Mówiąc szczerze to ktoś mógł np. nie wiedzieć, czy ma zostawać na dekorację kategorii wiekowej.

Ale nie szukajmy dziury w całym. Uważam, że ogólnie cała impreza wypada na duży plus. Drobne niedociągnięcia organizacyjne będą łatwe do poprawienia w (mam nadzieję) kolejnej edycji. Mi się bardzo podobało. Liczę, że impreza się rozwinie i za rok znowu będziemy mogli spotkać się na starcie u Króla Jana.

Dodaj komentarz